Regionalne Centrum Kultury w Pile Strona Główna Miasto Piła

Co?

.........

.........

.........

.........

.........

.........

Konkurs na opowiadanie kryminalne

Konkurs na opowiadanie kryminalne

Kryminalna Gra Uliczna

Kryminalna Gra Uliczna 

Patronaty

blog "kryminalna piła"

Partnerzy

kontakt

Pogrom w przyszły wtorek

Danuta Klemczak

"... tylko we Lwowie"

Z wygnańcami ze Lwowa spotkałam się we wczesnych latach mojego dzieciństwa w Jastrowiu, kiedy często jako dzieci byliśmy skorzy do psoty, po to tylko, aby w nagrodę usłyszeć charakterystyczny zaśpiew i dialekt lwowski. Już jako licealistkę moja babcia wierna słuchaczka Wolnej Europy zaprosiła mnie na sobotnią audycję „ Kwadrans z Hemarem”. Kiedy zapytałam: cóż to za poeta? odpowiedziała mi słowami piosenki „Kiedy znów zakwitną białe bzy…”. Wówczas od razu w tle pojawił się Lwów, a wszystko stało się jasne nawet jego status poety emigracyjnego z Londynu. Nieoczekiwanie w moim życiu Lwów pojawił się podczas konferencji Szkoły Historii Matematyki zorganizowanej w Kołobrzegu przy omawianiu  życiorysu Stanisława Ulama. Ten matematyk i poeta lwowski, późniejszy światowej sławy naukowiec, bywalec kawiarni Szkockiej, napisał: „ Przypominam sobie sesję z Mazurem, Banachem w kawiarni Szkockiej, która trwała 17 godzin tylko z przerwami na posiłki. Zwykle po krótkiej dyskusji zapisywano na stole kilka zdań czasami ktoś się zaśmiał, po czym na dłuższy czas zapadała cisza. Pito kawę, patrząc wyczekująco jeden na drugiego”.

Kiedy w 1972r. jechałam ze studencką wycieczką do Węgier, po drodze mijaliśmy Lwów, okna w pociągu były zasłonięte… Dlaczego? Aż trudno sobie dzisiaj wyobrazić, że jeszcze w ostatniej dekadzie XX wieku podczas konferencji matematycznej we Lwowie na Sali obrad, obecny był miejscowy „przedstawiciel”…

Żadnemu z ubeków nawet przez myśl nie przeszło, że niezłomność przesłuchiwanej Leokadii Tchorznickiej mogła złamać jedynie obietnica wyjazdu do Lwowa spełniająca marzenia: „spojrzenia na żółte, jesienne liście Ogrodu Jezuickiego”. Miłość do miasta dla Leokadii była najważniejsza potrafiła przesłonić więzy rodzinne, a nawet układy towarzyskie.

Podczas odsiadywania 2-letniego wyroku w więzieniu we Wrocławiu w 1949 roku ostatniej już nocy, dotarła do Edwarda Popielskiego tragiczna wiadomość o wnuku. O ironio losu, w jednej celi byli uwięzieni; przestępca i przedwojenny policjant.

Od lat poszukiwana prawda, sama dogoniła komisarza, a wszystko stało się za przyczyną łącznika jakim była miłość do „zabranego” Polsce Lwowa oraz królewskiej gry w szachy.

Ta miłość łagodziła różnicę wieku, wykształcenie oraz przynależności społecznej i narodowej. Potwierdzając tym samym, znane słowa piosenki, gdzie: „ bogacz i dziad są za pan – brat i każden ma uśmiech na twarzy”.

Pierwsza miłość trylogii o Edwardzie Popielskim według mnie już w tytule „ERYNIE” pełniącym rolę odautorskiego komentarza, narzuca świadomie na tekst kryminału mitologiczną siatkę odniesień, podsuwając czytelnikowi niezbędny algorytm w odpowiednim odczytaniu dzieła, ale do pewnego też stopnia ogranicza jego interpretację. Marek Krajewski na kartach powieści, zaprasza do Lwowa w pamiętnym roku 1939. I od razu stawia nas nad przepaścią widma zbliżającej się wojny i paraliżującego ze wszech miar; wszędzie i wszystkich strachu… tak strachu.

Autor w sposób niemal reporterski, a przy tym niezwykle malowniczy, opisuje świt wstający nad Lwowskim Rynkiem, gdzie zdążający przez Wysoki Zamek do fabryki wódek Baczewskiego robotnicy; nie zauważają alegorii zaklętego w posągach, nie analizują subtelnego piękna jakim epatują. Czyżby stały się one dla nich chlebem powszednim? Kto wie, może to właśnie za nimi, w niedalekiej przyszłości jako wygnańcy będą tęsknić najmocniej. I cóżby by dalej komentować, skoro nawet podkomisarz Franciszek Pierożek jadąc „nowiutkim  chevroletem” też nie podziela homeryckich zachwytów nad pięknem. Dalej napotykamy zwykły topos miasta. Jadący policjant mija uśpione i opustoszałe ulice Legionów i Kopernika, Teatr Wielki, by zaparkować przed apteką na Żółkiewskiej 4. Dokonana tam zbrodnia zostaje zamknięta jakby w podwójnym sejfie okrucieństwa. Nad Lwowem wstawał „kolejny piękny majowy dzień, a słynny komisarz Popielski, chciał w tym dniu zejść z krzyża obowiązków i miał osobiste plany…” Jakie?

Aż dziw bierze, że detektyw bardziej wtedy był zajęty właściwym doborem garderoby, aniżeli otaczającą go skrzeczącą rzeczywistością. Największym problemem dla eleganta, jakim był od zawsze Popielski, okazała się harmonia pomiędzy brązowym w białe grochy krawatem, a beżowym garniturem od Jabłkowskich, w cienkie niebieskie prążki, kiedy upewnił się co do właściwego doboru, dołączył do ubioru cienkie jak pajęczyna skarpetki, na które nałożył jasne dziurkowane buty.

Nie dziwota, że zamiast na komendę policji, udał się w przeciwnym kierunku, ulicą Chorążczyny i doszedł do jednej z najciekawszych secesyjnych budowli w mieście, a mianowicie do kamienicy adwokata- Adolfa Segala, w której to odnajdujemy cały arsenał elementów dekoracyjnych -art. Nouvean z przepięknymi, wielobarwnymi witrażami. Dalej podążając za komisarzem Popielskim ulicami przedwojennego Lwowa dochodzimy do pomnika Aleksandra hrabiego Fredry spoglądającego „kamiennym wzrokiem”  na kawiarnię Szkocką. Czy mogło być inaczej? Jako były student matematyki doskonale wiedział, że genius locci tego miejsca może mu zapewnić właściwy wybór decyzji.

Oczywiście po wejściu do lokalu, nasz bohater zamawia sobie kawę oraz wędlinę ze sklepu Kotowicza, w postaci grubych, pachnących plastrów szynki oraz sztangielki obsypane kminkiem i solą. Wszystko to, działo się w dniu 5 maja 1939 r. na co mamy kopię chwili utrwaloną w napisanym podaniu komisarza Popielskiego; o przeniesienie na emeryturę. Od razu też wiemy, iż something must break.

Autor w tym miejscu wprowadza nas w świat Borysławsko – Drohobyckiego Zagłębia Naftowego; panujące w nim meandry życia społecznego, panujące stosunki międzyludzkie o czym dowiadujemy się z zapamiętanego obrazu ojca Paulina Popielskiego, inżyniera z rafinerii Borysławskiej, który zawsze pierwszy kłaniał się  robotnikom i nie pozwalał  nikomu ich osądzać. Mając ów przykład na uwadze, Popielski zaprosił  kelnera Hirka  „na wódkę”, ale on odmówił. Gest ten komisarz odebrał jako pogardę za tchórzostwo. Dla naszego bohatera opinia prostego człowieka i batiara z ulicy są ważniejsze od rządzących w świecie mediów. Natarczywi dziennikarze ze „Słowa Polskiego”, „Dziennika Ludowego”, „Gazety Wieczornej”, czy „Chwili”, niewiele różnią się od tych  z dzisiejszego radia czy telewizji.

I stało się. Sprawa Henia Pytki ma być ostatnią. Edward Popielski marzy, że na emeryturze będzie wieczorami czytywał poetów starożytnych i rozwiązywał zadania z algebry liniowej. Czy jego marzenia spełnią się? 

Marek Krajewski po mistrzowsku potrafi stworzyć nastrój oczekiwania i grozy, chociażby w momencie wkraczania komisarza do prosektorium, akurat o północy w godzinie duchów. Czytelnik zaczyna się bać każdego szmeru, a wiadomość uzyskana z sekcji zwłok Henia Pytki informująca, iż zmarł w straszliwych męczarniach dodatkowo potęguje odczucie strachu.

Nowa seria bestsellerowych kryminałów z Edwardem Popielskim nawiązuje do skandynawskiej powieści sensacyjnej zarówno STIEGA WARSSONA jak i JO NESBO, społecznie, obyczajowo i politycznie zaangażowanej tzw. „poważnej literatury”. Ekranizacje książki „Łowcy głów”, w reżyserii MARTENA TYLDMANA stała się sukcesem nie tylko kasowym. Na podobny efekt mam nadzieję, można by liczyć u Krajewskiego, którego dzieła są niemal kunsztownie przygotowanymi scenariuszami pod przyszłe arcydzieła. Mając w zasięgu ręki taki zaczyn, nie warto chyba dłużej czekać…

Oczarowanie Lwowem, jego wyjątkowością oraz olśniewającym pięknem gmachów użyteczności publicznej, narrator wyraża słowami: „wysiadali na krakowskim dworcu, który był marnym cieniem lwowskiego”.

Co łączy jeszcze autora dzieła z jego bohaterem? Niewątpliwie, miłość do Lwowa, która pozwoliła Markowi Krajewskiemu wykreować opowieść zabawną i śmiałą, tryskającą nie tylko życiem ale i humorem zarówno językowym jak i sytuacyjnym. Z wędrówek po restauracjach, barach i knajpach dowiadujemy się przecież najwięcej o życiu Lwowian. Mamy szczegółowe opisy wnętrz lokali, serwowanych dań w postaci: smacznych obiadów, prostych zakąsek oraz serwowanych trunków.
Aleksander Wat w „Moim wieku” pisze tak:

„Przed wojną Lwów był jednym z najładniejszych miast polskich. W tym sensie, że było to miasto wesołe. Nie to, że ludzie, ale miasto wesołe. Bardzo kolorowe, bardzo egzotyczne i właśnie przez swój egzotyzm, brak szarości warszawskiej, nawet krakowskiej czy poznańskiej, przez to, że zupełnie nie było szare, to było najbardziej europejskie miasto”.

Towarzysząc Popielskiemu podczas erotycznych wypraw do Krakowa, autor pozwala czytelnikowi zaglądnąć w najbardziej sekretne zakamarki życia seksualnego komisarza, zapraszając bardziej do zmysłowej delektacji, aniżeli niezależnej lektury.

Bohater stworzony przez Marka Krajewskiego, był przekonany że jego Zycie da się ująć i bez trudu zapisać w postaci; funkcji okresowej, której argumentami były by jednostki czasu, a wartości by miały charakter jakości przeżyć w domkniętym przedziale liczbowym <-1,1>. Najlepiej do tego opisu pasowałaby sinusoida, ale tak się działo do pewnego momentu, nieugiętego stróża prawa, po którym funkcja straciła swoją okresowość (zaginięcie wnuka) i z konieczności musiała przybrać nową postać, zmieniając ostatecznie także granice ekspresji literackiej. Wcześniej podobnie jak autor trylogii daremnie poszukiwała matematycznej formuły miłości ESTRE VILAR w książce „ Matematyka NINY GLUCKSTEIN”. Zakres działań autorki skupiał się tylko „na matematyce dwojga serc”.

Komisarz Popielski często cytuje przysłowia łacińskie, które są na wagę złota, przynajmniej dla mnie stanowią nieodzowny klucz do odczytania utworu. Łaciński cytat na wizytówce a później  jako epitafium spina szczelnie klamrą kręte drogi życia.

Policjant ma;  nie tylko otwarty umysł, ale i niebywałą zdolność osądu, zadziwiającą skłonność do intelektualnych igraszek (czytywanie poezji klasycznej, w chwilach oczekiwania na pilny telefon), ale chyb najbardziej godnym pozazdroszczenia jest dystans wobec samego siebie.

Autor trylogii o Popielskim, często podobnie jak Homer używa spójników przeciwstawienia (Popielski to filolog klasyczny, ale i matematyk), które wiele znaczą, bo zapewniają zmianę nastroju.
Główny bohater u Krajewskiego, podobnie jak dawniej w powieściach sensacyjnych Grahama Greena, czy Johna Carre’a, to człowiek uwikłany w sieć skomplikowanych, często trudnych często trudnych do rozszyfrowania zależności, intryg i moralnych dylematów.

W powieści – retro, autor w roku 1933 zaprasza nas do cukierni Iwaniejki, by towarzyszyć komisarzowi i jego córce podczas spotkania z kolegą z gimnazjalnych lat- Wilhelmem Zarembą, który powrócił ze szkolenia w stolicy. Przywiózł Ricie laleczkę, w stroju warszawskim, zakupioną na starówce w naszej stolicy. Widać tutaj rangę i estymę jaką darzy się  Warszawę …Królewskie miasto, w ten sposób podkreśla swoją przynależność do ojczyzny… Lwowiacy przymiotnika nasz często używali, jakby chcąc podkreślić przynależność do Lwowa. Wspominają Lwów we Wrocławiu, Popielski używa określenia – „nasz Lwów”. Działo się tak od dawna, bo w filmie „Serce matki” z 1938r. lwowska emigrantke zapytuje: „A cóż tam w naszym Lwowie?” -  i otrzymuje odpowiedź: „Lwowskie bezy i…czekulada!”.

Przyszły komisarz, gimnazjalne lata spędził w Stanisławowie, studenckie w imperialnym Wiedniu, a wojenne w ziemiankach centralnej Rosji. Dopiero jako dojrzały mężczyzna osiedlił się we Lwowie i od razu podobnie jak do żony Stefanii zapałał  „gwałtowną i szaloną miłością”. Po jej śmierci udręczony atakami epilepsji postanowił wrócić do rodzinnego Stanisławowa, podświadomie wierząc, że może los wyciągnie dla niego szczęśliwą kartę. Od tego zamiaru skutecznie odwiodła go Leokadia, wskazując na racjonalne pożytki zamieszkania w tym mieści:

„to miasto jest rozumowe… Nic dziwnego, że jest ono europejską matematyczną stolicą Europy!” Był to osąd jakże zbieżny ze słowami Jana Parandowskiego:

„Chyba nigdy nie spieszyłem się w tym mieście – każda droga była spacerem.”(…) Jest to miasto wielkiego umiaru, którego nie umiem sobie objaśnić. Jest więc i trochę lekkomyślne, i wesołe bez przesady raczej wolne w swym tempie, poważne bez melancholii, z odczuciem zadumy, której żadne miasto nie potrafi wytępić, nigdy nie osacza Lwowa”.

Na wygnaniu w powojennym Wrocławiu, który nazywa piekłem policjant będzie tęsknił za wygodą, codziennością i europejskością opuszczonego miasta.

W walce komisarz Popielski zachowywał do końca zimną krew. W ostateczności z daty urodzin odczytanej z nagrobka dowiadujemy się, że był urodzony 4 września pod znakiem panny. A więc można by rzec portret osoby skrojony na właściwą miarę. Dodam jeszcze tylko, że miejscem narodzin był Borysław. Ludzie pochodzący ze Lwowa i okolic mieli zwyczaj umieszczania na nagrobkach, obok daty, także miejsce narodzin, jakby chcieli przechodniowi przypomnieć, że o niektórych miłościach się nie zapomina. Markowi Krajewskiemu udaje się wskrzesić ludzi tamtych czasów z bardzo dużą znajomością stanu rzeczy; wyczarowuje żywą, pełnokrwistą postać Edwarda Popielskiego, do której się szybko przywiązujemy, przekonywującą osobowość doktora Iwana PIDMIRNEGO, czy też dojmującą Żyda z półświatka Moszę Kiczałesa. Tak więc dzieło, to niemal jak już wcześniej wspominałam gotowy scenariusz na film, w którym rzeczywistość realna miesza się  z fikcją literacką, łącząc się w nierozerwalną jedność, a miniona epoka z tęsknotą wzdycha ku współczesności. Przy lekturze książki, podobnie jak u WITCHCOCKA odkrywamy upodobanie do przeżywania ukrytego w nas lęku, niezrozumiałych dla nas samych instynktów, powątpiewań i zawodów. A czymże są dla nas rozczarowanie Popielskiego i jego ciągłe tylko asymptotyczne  zbliżanie się do odkrycia prawdy?

W kryminale liczby Charona, autor prowadzi swoistą grę z czytelnikiem. Życie bohatera zaczyna być przewidywalnym wykresem, a on sam znajduje się u szczytu powodzenia, zostaje zachęcony do ryzykownych działań przez piękną Renatę. Bez namysłu je podejmuje i wtedy słyszy chichot losu.. syn Renaty, z którym Popielski wiąże pewne nadzieje, ma innego ojca. Następują zaskoczenie i nagły zwrot akcji. Czyżby ASTREA na dobre opuściła Ziemię? Komisarz, tutaj na ziemi na przemian przyzywa piekło lub raj i prawie nie odstępuje od przepaści, po stracie wnuka, kiedy uruchamiana zostaje lawina osobistych nieszczęść . Czy ten odradzający się, jak Feniks z popiołów w nadziei policjant zdoła się podnieść?
Ostatnie lata życia nieustraszonego stróża  prawa, we Wrocławiu najtrafniej oddają słowa wiersza Jacka Kaczmarskiego 

STAROŚĆ TEZEUSZA

„W młodości byłem TEZEUSZEM,
A dzisiaj jestem MINOTAUREM.
Po mrocznym labiryncie kluczę,
Nie mogąc liczyć na ARIADNĘ.”

Trylogia z Popielskim pozwala się nam przenieść w świat, poruszający zarówno morale jak i przeklętą wyobraźnię, którą uruchamiamy z konieczności w sytuacjach awaryjnych.

Nie brak w dziele mrocznych opowieści o śledztwach policyjnych rozgrywających się  w depresyjnej scenerii (śmierć Luby Bajdykowej, Henia Pytki), prawie rodem z filmów INGMARA BERGMANA. W powieściach – retro u Krajewskiego, podobnie jak U DICKENSA, przypadkowy wywiad w gazecie zmienia  życie komisarza i jego najbliższych. Czy jest to zwykły zbieg okoliczności, a może już do akcji wkracza przeznaczenie? Wszechdobylska reklama, potrafi utworzyć w przyszłości misternie utkaną siatkę znaczeń, której różnorodność znaczeń uczyni z czytelnika poszukiwacza zagubionej drogi na pustyni.

Wrocław. Miasto, w którym po raz pierwszy znalazłam się przejazdem na dworcu kolejowym mając niespełna 5 lat. Gmach, który zafascynował mnie i olśnił mnóstwem detali architektonicznych w duchu secesji. Towarzysząc synowi podczas eliminacji do Międzynarodowych Mistrzostw Francji w Grach Matematycznych i Logicznych, których organizatorem było Centrum Metod Stochastycznych im. Hugona STEINHAUSA Politechniki Wrocławskiej we Wrocławiu, podziwiając uroki miasta zrozumiałam, że godnym kontynuatorem myśli matematycznej mógł zostać tylko Lwów.
W liceum moja pani profesor od chemii była lwowianką, a jej powiedzonka „ta ja Ci padam, ta ty się ucz”, były powtarzane przez uczniów jak mantra.

Po latach moja córka obejrzała film „W ciemności” Agnieszki Holland i ze smutkiem stwierdziła: Nic nie rozumiem z tej mowy-mamo.

Ja byłam w o wiele lepszej sytuacji, gwara lwowska nie była dla mnie obca. Forma językowa  w trylogii jest dobrze osadzona w czasie. Zwróciłam nawet uwagę na tak drobne detale jak zdrobnienia występujące  w tekście ( Mancia Markowska a nie Mania). Kiedy córka Rita podczas jednej z wizyt zapytała ojca: czy używa wciąż wody libańskiej o trwałym zapachu? Ten odpowiedział: „Tak wciąż kupuję wodę cedrową Pod Czarnym Psem” .Bohater Krajewskiego to elegant dbający o najmniejszy detal swojego ubioru. O dobrym guście Łysego rozprawia cały Lwów. Niewątpliwie, jednym z częstych przechodniów (ze względu na chorobę) późnym popołudniem przy ulicy Akademickiej, tym najmodniejszym bulwarze Lwowa był nie kto inny a komisarz Popielski. Bo właśnie w tym czasie zamieniała się ona w Korso elitarnego świata, gdzie zapachy kawy mieszały się z zapachami drogich perfum, z kawiarni dochodził gwar niekończących się rozmów. Ulica Akademicka tętniła życiem.

Podczas wycieczki do Lwowa, we wrześniu 2012 roku na próżno szukałam urokliwej ulicy Akademickiej, po której tak często przechadzał się elegant Edward Popielski. Dzisiaj nosi ona nazwę prospektu Szewczenki. Nie ma też śladu po kawiarniach Szkockiej, czy Roma. Lwów jest innym miastem, gdzie mieszkają inni ludzie i wokół rozbrzmiewa język ukraiński.

Tym bardziej zazdrościłam tym, którzy dopiero zaczną czytać trylogię o Popielskim Marka Krajewskiego, znakomitego ambasadora przedwojennego Lwowa.

Danuta Klemczak

Współorganizator: Partnerzy strategiczni: 
Szkoła Policji w Pile Zbrodnia w Bibliotece Stowarzyszenie Hisoryczno-Fortyfikacyjne "Przedmo�cie Piła"
Partnerzy medialni:

Tygodnik Nowy


"Fakty Pilskie"

"Tętno Regionu"
Reporter - magazyn kryminalny             
Festiwal dotowany jest przez:
Studio K2

H.ESSERS
Firma CREDO     

Instytut Ksišżki               Dyskusyjne Kluby Ksišżki