Regionalne Centrum Kultury w Pile Strona Główna Miasto Piła

Co?

.........

.........

.........

.........

.........

.........

Konkurs na opowiadanie kryminalne

Konkurs na opowiadanie kryminalne

Kryminalna Gra Uliczna

Kryminalna Gra Uliczna 

Patronaty

blog "kryminalna piła"

Partnerzy

kontakt

.........

Rozmowa z Katarzyną Bondą, pisarką, scenarzystką, uczestniczką Festiwalu Kryminału „Kryminalna Piła” 2013

Marcin Wroński

Dlaczego dziennikarka pracująca w zawodzie kilkanaście lat zaczyna pisać książki? Ukończyła Pani Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego i pracowała m.in. dla Newsweeka, Wprost, TVP czy prasy kobiecej, pisując newsy czy reportaże. Kiedy realizowała Pani materiały, pisała o różnych rzeczach, kontaktowała się Pani z różnymi środowiskami i różnymi ludźmi, jednym słowem – miała Pani okazję przeżyć wiele w krótkim czasie. Zdobyła Pani dużo doświadczenia życiowego – czy to miało jakiś wpływ na decyzję i pomaga w pisaniu?

Prawda jest taka, że zawsze chciałam pisać właśnie książki. Było więc zupełnie odwrotnie. Po to właśnie zostałam dziennikarką – by zdobyć warsztat pisarski. Napisałam setki tekstów, bardzo różnych, często pod presją czasu. Teraz deadline to dla mnie jedynie zastrzyk adrenaliny. Umiem ogarnąć materię, zaś budowa struktury, wybór formy opowieści i dokumentacja to czysta przyjemność. Ja swój czas pracy w mediach nazywam „inkubacją pisarską”, a technicznie było to „nabijaniem ręki”. Czytelnik czuje czy autor się męczył z materiałem, czy też nie. Jeśli powieść, nawet grubaśna, jakie wychodzą spod mojej ręki, czyta się lekko, wielką zasługą jest właśnie warsztat. W ciągu 12 lat pracy przeżyłam kilka życiorysów, byłam w setkach miejsc, poznałam tysiące ludzi. Naprawdę nie przesadzam. Umiem rozmawiać z królem, ministrem i bezdomnym z dworca czy niebezpiecznym więźniem. Zawsze byłam otwarta na szczegóły. Słuchałam i widziałam. Czerpię z tego do dziś – to mój bagaż doświadczeń. Teraz samo pisanie nie sprawia mi kłopotu, biedzę się nad dramaturgią i formą oraz samym pomysłem, który trzeba ociosać przed pisaniem. 

A dlaczego odeszłam z mediów? Przestałam się mieścić w formie dziennikarskiej, miałam wrażenie, że osiągnęłam szczyt (mam na myśli pracę w opiniotwórczych tygodnikach) i nie czeka mnie nic więcej poza rutyną, odcinaniem kuponów od tego, co umiem. Coraz większy spokój, silniejsza pozycja, ale  już nie wyzwanie. Tematy się powtarzały, a schemat znałam. Praca stawała się tylko pracą, a ja do wszystkiego podchodzę ideowo. Muszę czuć pasję. Każda moja książka to obsesja na jakiś temat. Musi mnie coś porażać, fascynować, zachwycać, śmieszyć. Najlepiej, by wszystkie te emocje budziła jedna historia. Zresztą uprawiałam dokładnie wszystko: od tekstów reporterskich, reportażu, publicystyki po poradnik psychologiczny czy wywiad z gwiazdą (tych lukrowanych bajek dla kolorowej prasy nienawidziłam szczerze). Wyboru nie miałam. Nie pochodzę z majętnej rodziny - musiałam sama zarobić na to, by móc pisać książki i ciężko pracowałam na dzisiejszą pozycję. Teraz wiem jak, a reszta zależy już ode mnie. Zresztą niektórzy nie rozumieją, jak będąc w takich miejscach jak Newsweek, TVP, odeszłam donikąd. Nie musiałam, wtedy jeszcze nie było kryzysu w mediach. Nikt mnie nie wyganiał, przeciwnie. Tymczasem ja po prostu dojrzałam do książek i zdecydowałam spełnić marzenie życia. Czułam, że już mam prawo opowiedzieć coś swojego, co zmieści się dokładnie na czterystu stronach, a nie kilku szpaltach w gazecie. Chwalę sobie ten wybór i nie zamieniłabym się z nikim na życiorys. Choć szczypta prawdziwego pisarskiego talentu by się przydała. Nie czuję się nikim wyjątkowym.


Co pomaga Pani stworzyć portrety postaci w Pani książkach? Są one psychologicznie niezwykle wiarygodne. Wydaje się to może oczywiste w wypadku dokumentu Polskie morderczynie, w którym portrety kobiet powstawały na podstawie wielogodzinnych z nimi rozmów, ale w Pani debiucie Sprawa Niny Frank czy w książce Tylko martwi nie kłamią również każda z postaci, nawet tych epizodycznych, jest niezwykle barwnie odmalowana właśnie pod względem psychologicznym. Czy to przypadek, czy może interesuje się Pani psychologią?

Dziękuję za komplement, nawet Pani sobie nie wyobraża, jak wielką frajdę mi Pani robi zwracając na to uwagę. Prawda jest taka, że to właśnie napędza mnie do pisania – ludzka dusza i sekrety, jakie skrywa. Nigdy nie byłam wielką miłośniczką klasycznych kryminałów, bo wydawały mi się płaskie psychologicznie. Nudziłam się szybko i zgadywałam jaki będzie finał. Pewnie dlatego moje kryminały są na pograniczu gatunku. To bardziej powieści kryminalne, bo od zagadki: „kto zabił” bardziej interesuje mnie co działo się wcześniej, jakie relacje łączyły bohaterów, jak ta siatka emocjonalna wyglądała. Cenię to sobie, zwłaszcza, że zdobyłam już spore grono miłośników tego typu prozy. Psychologia interesuje mnie raczej empirycznie, nigdy nie planowałam jej studiować (raczej prawo, na które dostałam się i porzuciłam je dla dziennikarstwa), choć fascynują mnie motywy działania ludzi. Nie posiadam większych zaburzeń, choć z pewnością strefa mroku jest u mnie większa niż u przeciętnej kobiety. Zawsze zdawałam się być ponurą pesymistką. Dlatego właśnie staram się dużo uśmiechać. 

Mam takie zwyrodnienie, że kradnę z rzeczywistości. To pewnie pokłosie mojego pierwotnego zawodu. Muszę wszystko sprawdzić, zbadać, policzyć, dotknąć. W nic nie wierzę ot tak, na słowo. Z jednej strony nienawidzę tego, bo to wydłuża dokumentację, bez której nie umiem pracować, a na dodatek jest kosztowne. Do każdej fabuły rozmawiam z ekspertami, o wszystko pytam (z blond czupryną uchodzi mi każda głupia zaczepka i wątpliwość, ale wrodzona śmiałość do zadawania prostych pytań jakby kierowało je dziecko, jest czasem nieoceniona), wyjeżdżam na miejsca akcji i jeżdżę autobusami, spaceruję drogami, jakimi potem pójdzie bohater, czy włażę w bagna po kolana, choćbym miała zmarnować moje snobistyczne baletki za czterysta złotych i potem okrutnie kląć przez łzy przez następne tygodnie (tak było przy poszukiwaniach pleneru do ostatniej książki „Florystka”) Wierzę bowiem, że to wszystko się opłaci. Ta inwestycja zwraca się w kilkuset procentach. Większość najsmaczniejszych kąsków pochodzi z życia. Ten realizm (twarde stąpanie po rzeczywistości fabularnej) pozwala mi potem w trakcie pisania odbić się na metapoziom, popuścić wodze fantazji i wejść całkowicie w świat fikcyjny. Potem już bohaterowie prowadzą mnie za rękę. Inni nazywają to weną twórczą. Dlatego też kiedy już zrobię dokumentację, uwielbiam zebrane dane, jakby były nieoszlifowanymi brylantami, które osobiście znalazłam, ukradłam, wydarłam spod ziemi i mogę je przygotować do oprawy. Pisanie to nie matematyka. A w kryminale, jaki uprawiam, dwa razy dwa czasem wychodzi dwadzieścia dwa. Choćby dlatego lepiej jest znać tabliczkę mnożenia.

Marcin Wroński

Gdzie zapisuje Pani zrodzone w głowie pomysły? Narodziła się myśl, czas zacząć pisać – jaka wtedy pojawia się dokumentacja? Notes, kartki, 12 godzin pracy , 24/24? Czy to jest może tak, że historia tworzy historię?

Pomysł rodzi pomysł - oczywiście. To jak z dominem. Jedna płytka uruchamia cały proces. Tak było z moim wejściem w kryminał, bo nigdy nie sądziłam, że będę pisała książki tego gatunku. Kiedy zaczynałam, byłam jedną z nielicznych. Można nas było policzyć na palcach jednej ręki. Dziś kobiety masowo ścielą trupy na kartach powieści. Czuję się w tym gatunku jedną z pionierek i się tym chwalę. Teraz modlę się tylko, by mieć zdrowie i możliwości zdążyć opowiedzieć te wszystkie historie, które roją się w mojej głowie. Są ustawione w kolejce i dokonuję wyborów. Wiem, że zły wybór to stracony czas, a mam go niewiele. Jestem jak wąż. Łykam tylko jedną ofiarę i trawię ją długo. Tłumacząc to na „ludzki język”: zajmuję się tylko jednym projektem, nic innego wtedy nie istnieje. Kiedy go kończę, biorę na warsztat coś kolejnego. Inaczej popadam w roztargnienie, jestem wściekła i nic nie robię dobrze. Już to przerabiałam. Znam swoje możliwości i ograniczenia, dlatego stosuję higienę psychiczną pracy pisarza. Zasada jest prosta: robię to, co mnie kręci i wychodzi z łatwością. Nigdy nie walczę sama ze sobą i nie zmuszam się do czegoś, co mnie nie fascynuje. To się nie uda. To dobra zasada także w życiu. 

Mam całe notesy historii wartych opowiedzenia. Zbieram postaci, opowieści, dialogi, szczegóły, powiedzonka, przywary, mechanizmy, całe struktury dramaturgiczne, nawet słówka, czy przekleństwa. Obserwuję i zapisuję. Nie ma innej metody. W każdym razie ja nie wierzę w swój talent, wręcz przeciwnie - wątpię. Z natury jestem chodzącym chaosem, leniem i miglancem. By pisać stosuję ostrą dyscyplinę. To jedyna metoda. Praca codziennie, o tych samych porach. Najpierw medytacja nad tematem, tworzenie postaci, wybór koncepcji, dokumentacja, solidny plan, cisza, by wszystko się poukładało (wtedy chodzę po ścianach ze strachu, że nie dam rady, zawalę, klnę, palę, cierpię na bezsenność, nocami robię zapiski, które rano okazują się do niczego) i dopiero po tej walce ze sobą nabieram odwagi. Nadchodzi czas wisienki na torcie – proces pisania. Wtedy mnie nie ma. Jest tylko książka. Piszę non stop, głównie nocami, w dzień śpię. Rodzina schodzi mi z drogi, znajomi dzwonią do mnie czy żyję (ja nie odbieram), nie jem, nie śpię – piszę. Kiedy skończę, czuję się jak mistrzyni świata. Kolejny raz wtoczyłam kamień na górę. Jestem szurnięta, to pewne. Uwielbiam to.  


Kto jest pierwowzorem postaci bohaterów Pani książek? Trzeba pamiętać, że są oni bardzo żywi, łatwo ich sobie wyobrazić. Czy ma Pani jakiś sposób tworzenia bohaterów? Czy buduję Pani postaci z rzeczywistych elementów, zapamiętując ich dialogi albo zachowania, albo jakieś dziwne rzeczy, które posiadają, względnie piękne rzeczy? Bohaterowie Pani książek, mimo że nie są odwzorowaniem poszczególnych postaci z rzeczywistości, zapisem jednej osoby, są spójni. Jaki jest tutaj klucz?

Sprawy, które biorę na warsztat, to tylko wybór atrakcyjnego tematu. Nie chodzi o same zdarzenia, ale o to, co można przez nie opowiedzieć. Każda historia niesie ze sobą pewien rodzaj emocjonalnej wiedzy i tego szukam w prawdziwych sprawach. Każda opowieść ma taką samą strukturę. Różni się postaciami i rozwiązaniami dramaturgicznymi. Geniusz polega więc na doskonałej znajomości warsztatu (najpierw rzemieślnik, potem artysta). Jeśli pisarz zna swoją powieść pod kątem technicznym praca nad postaciami to czysta przyjemność (to jak dekoracja solidnie zaprojektowanego i zbudowanego domu). Postaci tworzę z rzeczywistych, ale nigdy to nie są osoby wzięte z życia 1:1, choć komplementem jest, gdy ktoś, kogo nie znam i wcześniej nie miałam pojęcia o jego istnieniu, zarzuca mi, że wykorzystałam jego historię. Uśmiecham się wtedy jak Mona Lisa i czuję, że  rozpiera mnie duma. Znaczy to ni mniej ni więcej, że postać została dobrze zbudowana. Podkreślam raz jeszcze: nigdy nie biorę do fabuły zdarzeń, postaci i okoliczności 1:1, zmieniam, transponuje, przetwarzam. Inaczej byłoby to wbrew etyce pisarskiej, jaką wyznaję. Biorę szczegóły z różnych osób, ale najpierw ustalam zarys dramaturgiczny i do niej dopasowuje wszystko inne. Uważam jednak, że trzeba dobrze „poznać” swoich bohaterów, jakby byli żywymi ludźmi. Dopiero kiedy ich czuję, wręcz widzę, jakby istnieli naprawdę, zasiadam do pisania. Już mówiłam, że to graniczy z obłędem, ale to tylko tak wygląda z boku. Kiedy pisarz stwarza rzeczywistość jest faktycznym demiurgiem. Tu nie ma udawania, asekurowania się. Nie da się być pisarzem tylko częściowo. Trzeba być jednak w jakimś stopniu szaleńcem, by chcieć tworzyć alternatywne światy. Nie ma nic bardziej podniecającego jak podejmowanie decyzji o losach stwarzanego świata, jaka będzie postać i jaką rysę jej damy. Każdy ma piętę Achillesa, sztuka to wybrać właściwą wadę wiodącą. Niestety mam brzydki zwyczaj sugerowania czytelnikowi kogo lubię, a kto mnie wkurza. Nie potrafię pozbyć się emocji do swoich bohaterów. To dlatego jedni uwielbiają moje książki, a innych okrutnie denerwują, a nawet wściekają (wtedy dostaję łatkę, że zaczynałam w tabloidzie i na dodatek mam blond włosy). Nie umiem być obiektywna i bardzo sobie to cenię. Moim zdaniem bowiem istnieje tylko świat subiektywny – przynajmniej w powieści. Dodam że nie wiedziałam tego wszystkiego na początku. Przy pracy nad pierwszą książką poszłam na autohipnozę, by stworzyć postać zbrukanej Niny Frank. Chciałam wydobyć wszystko, co najgorsze w swoim cieniu, by obdarzyć tym postać. Nijak nie wychodziło. Dopiero w trakcie ćwiczenia, które miało ukazać czego się boję, pojawiły się właściwe cechy bohaterki. Nina Frank powstała z podświadomych obaw. Generalnie jednak każda metoda bazująca na nieświadomości jest dobra. Mój sekret na budowę postaci jest prosty: czytelnik chce intymnej relacji z bohaterem, dlatego trzeba odrzucić „grzeczne, uprzejme” patrzenie. Trzeba wedrzeć się do wnętrza postaci i dać się jej poprowadzić. To właśnie staram się robić. 


Marcin WrońskiCzym kierowała się Pani, kiedy doszła do wniosku, że pierwsza książka i kolejne będą kryminałami? Czy interesuje Panią pewien rodzaj tajemnicy, zagadki, budowanie intrygi? Czy ważne było to, że w przeszłości dużo zajmowała się Pani tematyką kryminalną i sądową, w związku z czym uważa Pani, że pisarz powinien pisać o tym, na czym się zna?

Kiedy pisałam pierwszą książkę brakowało mi jeszcze odwagi. Znałam się na kryminałkach, pracowałam dużo jako reporter sądowy, pisałam raporty, reportaże, także z trupem w tle. Ta tematyka była mi dobrze znana. Zwłaszcza początkujący pisarz powinien zacząć od tego na czym „zjadł zęby”. Ale teraz z perspektywy czasu wiem już dlaczego wybrałam ten gatunek. Interesuje mnie tajemnica, zagadka, sekret, który można odkrywać. W kryminale ważna też jest stawka opowieści. Czy jest coś ważniejszego od ludzkiego życia? No i to pole do popisu jeśli chodzi o wachlarz ludzkich osobowości. Kryminał pozwala na „zmianę masek” postaci. Fascynuje mnie postać „zmiennokształtnego” - psychologicznie, ale i fizycznie - bo daje on potencjał do budowy powieści kryminalnej w moim stylu: najchętniej kilkusetstronicowej. W moim przypadku nie chodzi o zbrodnię, lecz o zagadkę. Ten gatunek wreszcie pozwala pokazać losy różnych postaci jak w układance. Moje kryminały są psychologiczne, ale ja nie wymądrzam się, nie psychologizuje. To nie poradniki: co robić, jak żyć. Zbrodnia ujawnia węzeł jaki splata ludzi: ich interesy, motywacje, słabostki, marzenia. Nie chodzi tylko o komplementarność sprawcy i ofiary, ale wszystkich bohaterów. To chcę odkrywać, choć cała struktura „zawieszona” jest na głównym pytaniu dramaturgicznym książki: kto zabił? Wierzę, że gdyby czytelnikowi chodziło tylko o tę odpowiedź, kupiłby sobie gazetę. Skoro kupił książkę, chce przeżyć przygodę. Staram się mu to zafundować. Czytelnik musi się przede wszystkim dobrze bawić.


Kiedy Pani pracuje? Czy uważa Pani, że trzeba pisać codziennie? Bez względu na to, czy akurat w danym momencie się odczuwa natchnienie, czy też nie? Czy ważna jest regularność i konsekwencja? Czy jest różnica między fikcją a dokumentem? Czy przygotowania do jednego i drugiego typu projektów wymagają podobnego wysiłku?

Pisać trzeba codziennie. Pisanie to praca, nie żadna fanaberia ani też nie uduchowiona „twórczość”. Książki nie rodzą się z olśnień, to jedynie błysk, który trzeba umieć dostrzec. Natchnienie nie istnieje samo w sobie, choć pisarz doświadcza stanu euforii, ekstazy nawet, ale musi sobie na to zapracować. To oczywiście mój pogląd i ja go podzielam. Inni może sądzą inaczej. Ja piszę regularnie. Praca nad powieścią to wchodzenie po schodach – ważne jest zachowanie kolejnych etapów. Najbardziej nienawidzę przygotowań do powieści, ale one są najważniejsze, poza tym towarzyszy im niepokój. Czy podołam, czy się uda? Ten element strachu napędza pisarza. Pisanie to przecież cały czas zmaganie się ze sobą. Walczymy z materią, która nie istnieje, co samo w sobie jest absurdalne. Dlatego, jeśli pisarz nie będzie traktował swojej pracy poważnie, choćby było jedynie czytadłem ku rozrywce, jakie ja uprawiam, do niczego nie dojdzie. Nie wierzę także w weekendowe pisanie „po robocie”. Nie napisałam ani jednej książki jednocześnie pracując. Pisanie pochłania człowieka całkowicie i wtedy jest dobre. Proszę popatrzeć na Flauberta, Nabokova, Eugenidesa. Jak pracował Larsson, jak z planem każdej powieści męczyła się Aghata Christie.  Gatunek nie ma znaczenia. To zawsze musi być przede wszystkim dobrze opowiedziana opowieść.

Pracuję analitycznie. Każdy z bohaterów ma swój kwestionariusz. Najpierw rozpisuję postaci, wymyślam ich życiorysy i dzięki temu potem wszystko do siebie pasuje. Wiem, co i kiedy się komu zdarzyło, jak ten ktoś wygląda i dlaczego. Oczywiście popełniam wiele błędów, ale jakieś wady muszę mieć, nikt nie jest doskonały. Wciąż mam wrażenie, że jestem na początku drogi. Zadaniem pisarza jest jednak stworzenie takiego wyglądu postaci, który będzie opowiadał jego back story: wszystko co mu się wcześniej przytrafiło, co go ukształtowało. Wygląd postaci to maska psychologiczna. W przypadku „Florystki” musiałam przepisać całą książkę, bo zmieniłam jeden drobny element. W biografii głównej bohaterki jest wątek muzyczny. Zmieniłam instrument, na którym kiedyś grała, co zniszczyło całkowicie fabułę. Na tyle, że musiałam zrobić dokumentację od nowa. Tutaj doświadczenie dziennikarskie bardzo pomogło. Na potrzeby „Florystki” rozmawiałam z lekarzami, policjantami, ekspertami florystyki, harfistkami, zrobiłam też dokumentację miejsca. Na przykład jeździłam szesnastką po Białymstoku wte i wewte, i znajdowałam konkretne miejsca, bo nic nie zastąpi rzeczywistości. Fikcja ma stabilną konstrukcję, kiedy się opiera na realiach. I po raz kolejny powtarzam - nie ma tu znaczenia gatunek powieści.

Marcin Wroński

Jak zdobywała Pani zaufanie kobiet, sprawiała, żeby opowiedziały swoją historię podczas pisania książki „Polskie morderczynie”?  Postanowiła Pani napisać o morderczyniach, ponieważ domagały się głosu czy też chciała Pani przełamać jakieś społeczne tabu? Chciała Pani znaleźć ten gen zła?

Bohaterki do książki czekały na opowiedzenie ich historii osiem lat. Kiedy obserwowałam  procesy sądowe tych najbardziej znanych, byłam zbyt zielona na książkę, choć wiedziałam tyle, że wszyscy znajomi radzili bym o tym napisała. Nie odważyłam się i sądzę, że słusznie. Jestem osobą w miarę odpowiedzialną, wtedy to byłaby zupełnie inna książka. I wstydziłabym się jej prawdopodobnie do dziś. Byłam młoda, zadufana w sobie, miałam małe doświadczenie życiowe. Książka przyszła do mnie ponownie, kiedy skończyłam swoją pierwszą fabułę. Byłam kompletnie „wypompowana”, potrzebowałam „mięsa” do opowieści. Dokument to inny rodzaj pracy. To walka z materią. Nie można zmyślać, dopowiadać, trzeba to zdobyć, wydrzeć pazurami z cudzego życia. Nie ma miejsca na landrynkowe laurki, na gładkie epitafia. A bohater zwykle się buntuje przed obiektywną prawdą o sobie samym. Co to oznacza dla autora? To oczywiście pojedynek, walka i wielkie wyzwanie. Bo o ile w powieści wiele zależy od autora, to w dokumencie rzeczywistość dostarcza danych i jest to inny rodzaj fascynacji. Czasem fikcja nie dorasta rzeczywistości do pięt. Śmiem sądzić, że najlepsze fabularne „kawałki” powstały na bazie dokumentu. Tak jest z największymi powieściami, a także filmem i telewizją (współczesna opowieść).

Kiedy zabierałam się za książkę o morderczyniach, planowałam zmierzyć się z bestiami, ale spotkałam ofiary. To pierwsze zaskoczenie (typowe przy pracy nad dokumentem, kiedy to, co nam się wydaje, okazuje się złudne) tylko zaostrzyło mój apetyt. Potem już nie mogłam przestać. Jeździłam do więzień do ósmego miesiąca ciąży, nie bałam się, że coś mi się stanie. W dokumencie bohaterowie zbliżają się do autora i wytwarza się rodzaj więzi. Doświadczony twórca wie jednak, jak stawiać granice. Tutaj było to szczególnie ważne ze względu na temat książki. 

Nie musiałam nikogo zbytnio namawiać do wywiadu. Po prostu byłam jedną z nielicznych, które chciały z nimi pobyć, przyjrzeć się, współczułam im nawet. I nie oczekiwałam wcale, że będą szczere. Brałam je w całości. Jeśli kłamały – wiedziałam o tym i cieszyłam się. Miałam dzięki temu pełen ich obraz. Poszłam na żywioł. Na początku ciekawiło mnie jedynie jakie są i czym różnią się ode mnie (muchy nie skrzywdzę). Byłam tylko ciekawa ich życia. To wszystko, co robię zawsze: obserwuję i widzę, słucham i słyszę. Nie siedzę i konwersuje, ale wiercę dziurę w brzuchu, dociskam ranę. W wielu przypadkach okazało się to terapeutyczne. Wrzody popękały, lała się wstrętna ropa, a ja miałam materiał, one zaś mogły pierwszy raz z kimś szczerze pomówić. Rozmawiałam i w kółko pytałam: dlaczego? To zresztą moje ulubione pytanie. 

Dziś z perspektywy uważam, że ta książka była mi potrzebna. Dzięki niej moje kryminały będą jeszcze lepsze. Nadal wierzę, że ludzie są dobrzy lecz każdy ma w sobie potencjał cienia. Okoliczności jedynie pozwalają na ujawnienie drugiego, zwykle skrywanego, oblicza. Ten „ludzki potwór” jest zwykle nabyty. Oczywiście człowiekiem rządzą także atawizmy, więc dokładnie każdy z nas jest zdolny do złych rzeczy. Nawet mnisi, działacze społeczni czy święci. Nie ma wyjątków! Każdy choć raz w życiu czuł wściekłość, palącą zazdrość, pragnął srogiej zemsty (jeśli twierdzi, że nie - kłamie). Tyle, że nie każdy pozwala sobie na to, by wprowadzić te emocje w życie. Od tego mamy rozum, wiarę lub zasady moralne, by umieć się powstrzymać przed tymi instynktami. To nasz „kaganiec ochronny” przed złem. Problem się pojawia, kiedy ten „kaganiec” został założony, a człowiek i tak dopuszcza się zbrodni. Stąd wzięła się książka „Polskie morderczynie”. Wszystkie bohaterki, nawet te wykształcone, miały zwichrowane dzieciństwo. Zostały, że tak powiem brzydko, sformatowane. Potem oddały tę agresję. Wcześniej mi się wydawało, że to jest machiavelliczne, fascynujące, że to będzie zagadka. Sekret, jak z Arystotelesa: że największe występki wynikają z największych pragnień, a nie z konieczności. Część z tego się potwierdziło, ale większość przypadków okazała się trywialna. Prawda o motywacji zbrodniarzy jest zwykle prozaiczna, przynajmniej w Polsce. Dziś, z posiadaną wiedzą, pewnie bym już tej książki nie napisała. Szukałam czegoś wyjątkowego, tajemniczego, a okazało się, że mam po prostu do czynienia z bardzo biednymi osobami, ofiarami. 


Katarzynę Bondę rozpytywała Ewa Kamińska

Współorganizator: Partnerzy strategiczni: 
Szkoła Policji w Pile Zbrodnia w Bibliotece Stowarzyszenie Hisoryczno-Fortyfikacyjne "Przedmo�cie Piła"
Partnerzy medialni:

Tygodnik Nowy


"Fakty Pilskie"

"Tętno Regionu"
Reporter - magazyn kryminalny             
Festiwal dotowany jest przez:
Studio K2

H.ESSERS
Firma CREDO     

Instytut Ksišżki               Dyskusyjne Kluby Ksišżki